Fabryka marzeń. Tym razem produkuje maile.

Fabryka marzeń. Tym razem produkuje maile.

Industrialna linia produkcyjna wytwarzająca seryjnie identyczne wiadomości e-mail jako metafora masowej automatyzacji komunikacji biznesowej.

Prowadząc firmę od wielu lat, człowiek przyzwyczaja się do różnych rzeczy. Jedną z nich są wiadomości od kolejnych "ekspertów SEO", "specjalistów od marketingu" czy "doradców od wizytówek Google". Co jakiś czas trafiają do skrzynki, obiecując lepszą widoczność, więcej klientów i szybszy rozwój firmy.

Jeszcze kilka lat temu czytałem je z ciekawością. Dzisiaj częściej zastanawiam się, czy przypadkiem nie dostałem tej samej wiadomości po raz kolejny.

Zmieniają się pojedyncze słowa. Raz ktoś prosi o odpowiedź „OK”, innym razem „TAK”. W jednym mailu pojawia się „optymalizacja treści”, w kolejnym „dopasowanie strategii”, a w następnym „analiza widoczności”. Konstrukcja pozostaje jednak niemal identyczna.

I właśnie wtedy przypomniała mi się piosenka z lat osiemdziesiątych.

„Fabryka marzeń...”

To zabawne skojarzenie, ale im dłużej o nim myślałem, tym bardziej wydawało mi się trafne. Kiedyś taśmy produkcyjne opuszczały identyczne produkty. Dzisiaj coraz częściej ta sama taśma produkuje... wiadomości.

Nie mam nic przeciwko SEO. Wręcz przeciwnie. Dobrze prowadzona strona Internetowa, wartościowe treści i przemyślana strategia potrafią przynieść bardzo dobre efekty. Mam natomiast coraz większy problem z pierwszym kontaktem, który wygląda dokładnie tak samo jak tysiące innych.

Co ciekawe, podobny jest nie tylko sam mail.

Podobny jest również cały scenariusz.

Najpierw przychodzi pierwsza wiadomość.

Jeżeli nie odpowiesz, po dwóch lub trzech dniach pojawia się uprzejme przypomnienie.

Kilka dni później kolejne.

Na końcu często czeka jeszcze „ostatnia próba kontaktu” albo „ostatnie przypomnienie”.

Mam czasem wrażenie, że nie rozmawiam z człowiekiem, tylko obserwuję ten sam proces uruchamiany przez różne firmy.

Jakby wszyscy wyszli spod jednej matrycy.

I chyba właśnie to jest największy problem.

Nie to, że wiadomości są automatyczne. Automatyzacja sama w sobie jest świetnym narzędziem i sam korzystam z niej na co dzień.

Problem pojawia się wtedy, gdy automatyzacja zastępuje autentyczność.

Po pierwszym mailu wiem już, jaki będzie drugi.

Po drugim potrafię przewidzieć trzeci.

A zanim jeszcze trafi do mojej skrzynki, mam wrażenie, że już go przeczytałem.

Paradoksalnie najbardziej zapamiętuję nie tych, którzy wysłali mi kolejną „dedykowaną ofertę”, ale tych, których znalazłem sam. Przeczytałem ich artykuł. Ktoś ich polecił. Spotkałem ich na konferencji. Albo po prostu wykonali dobrą pracę dla kogoś, kogo znam.

To właśnie wtedy pojawia się zaufanie.

I być może na tym polega największy paradoks współczesnego marketingu.

Im łatwiej wygenerować tysiące poprawnych wiadomości, tym większą wartość ma jedna, która naprawdę wygląda tak, jakby została napisana przez człowieka.